Polski
Gamereactor
recenzje
It Takes Two

It Takes Two

Krótka historia o tym, jak przeleciało nam koło nosa 1000 dolców.

Hazelight Studios to jeden z nielicznych zespołów deweloperskich, który pomimo relatywnie krótkiego stażu bardzo szybko wskoczył do grona naszych ulubionych, tym samym zawyżając oczekiwania wobec jego kolejnych produkcji o jeszcze jedną poprzeczkę. Po ukończeniu z Dominikiem A Way Out, czyli ostatniej wówczas pozycji z portfolio omawianego studia, byliśmy jednocześnie zafascynowani opowieścią dwóch obcych sobie osób łączących siły w ucieczce z zakładu karnego, zdruzgotani jej zakończeniem, ale przede wszystkim nadal wygłodniali tak zmyślnie zaprojektowanej współpracy, która w rozrywce gier nie zdarzała się często na taką skalę (o ile w ogóle). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, niedługo po tym pojawiła się pierwsza zapowiedź It Takes Two - szalona, kolorowa, okraszona świetnym soundtrackiem porcja gameplayu, doskonale gasząca nasze pragnienie. Po jednym tylko wzajemnym spojrzeniu doskonale wiedzieliśmy, co wskakuje na topkę wyczekiwanych gier na początek bieżącego roku. To, że będziemy ją recenzować, wiedzieliśmy już trochę mniej. No dobra - w ogóle nie wiedzieliśmy - tak więc po otrzymaniu kodów przedpremierowych hype wzrósł dwukrotnie wprost proporcjonalnie do obaw, że być może spodziewamy się niemożliwego.

Lalki walą tynki

Josef Fares - reżyser całego przedsięwzięcia - serwuje nam tym razem zgoła inną opowieść, której głównej bohaterami są Cody i May - wypalone małżeństwo na skraju rozwodu, angażujące się tak bardzo we wzajemne dosrywanie, iż umyka im fakt, jak bardzo cała ta toksyczna relacja negatywnie wpływa na ich córkę. Rose to zwykłe, niewinne dziecko i nie bardzo jest w stanie odnaleźć się w zaistniałej sytuacji, dlatego uciekając się w eskapistyczne marzenia tworzy lalkowe podobizny swoich rodziców i, przy udziale magicznej Księgi Miłości dr. Hakima, nieświadomie zaklina w nie ich świadomości. Od tego momentu zostajecie świadkami najbardziej zwariowanej i surrealistycznej terapii małżeńskiej w dziejach, gdzie wiecznie napalona książka będzie próbowała w jeszcze bardziej nieprawdopodobnych okolicznościach zbliżyć do siebie „drętwą" matkę i „kluchowatego" ojca.

It Takes Two

It Takes Two znacznie bliżej ku animacji Pixara aniżeli dramatu z Tales of Two Sons tudzież sensacji wspomnianego A Way Out, co nie oznacza oczywiście, że tychże całkowicie zabraknie. Taki miszmasz Toy Story, Conkera i flagowców Nintendo. Przysłowiowej „akcji w narracji" jest tutaj co niemiara: wartkie pościgi co rusz przeplatają się z intensywnymi walkami oraz efektownymi eksplozjami, mimo to znalazło się w niej kilka przystanków na refleksje oraz rachunek sumienia (choć z bezpardonowego rozdarcia na strzępy ulubionego pluszaka naszej córki do dziś nie jesteśmy z Dominikiem dumni - tak, wiem, jak to brzmi). Nie zrozumcie mnie źle, scenarzyści nie silą się w żadnym wypadku na wszelkiego rodzaju moralizatorskie wywody, całość spinają głównie w lekkiej, sympatycznej i przede wszystkim zabawnej historii, która tu i ówdzie przypomina jedynie, jak łatwo relacja dwojga osób zapoczątkowana fascynacją i zauroczeniem potrafi stać się z biegiem czasu zimna i obojętna. Niestety, magiczna książka, jaka by nie była, nie załatwi problemów samoczynnie, a Cody i May będą musieli dać naprawdę wiele z samych siebie, aby przywrócić wygasłe uczucie oraz odczarować zaklęcie. I właśnie w tym miejscu pojawia się prawdziwe serce recenzowanego tytułu, a jest nią...

KO-LA-BO-RACJA!

To pojęcie będzie waszej dwójce towarzyszyć bezustannie, wybrzmiewając nie tylko z ust pojawiającego się tu i ówdzie nadekspresyjnego Hakima, ale przede wszystkim z założeń głównej mechaniki. ITT to gra stworzona wyłącznie z myślą o kooperacji lokalnej i online (w obu przypadkach na podzielonym ekranie). Single poszukujący drugiej połówki w internecie zadanie będą mieli nieco bardziej utrudnione. Serwer nie oferuje szybkiego matchmakingu, a jedynie zaproszenia graczy z listy znajomych, dlatego też na potencjalne rendez vous z randomem z sieci musicie umówić się na dedykowanych do tego grupach. Zapewniam jednak, że ostatnim, czego bym chciał w tej rozgrywce, to połączyć się z nieznajomym bez mikrofonu albo nadgorliwcem notorycznie jadącym po mojej rodzicielce. It Takes Two nie tylko opowiada o wzajemnym kontakcie, ono go na nas wymusza.

It Takes TwoIt Takes Two

Fares słynie ostatnio z porywczych wypowiedzi, a ostatnio skłonny był nawet rzucić legendarne już 1000 dolarów osobom, które jego najnowsza pozycja w jakikolwiek sposób zacznie nużyć. Niestety dla nas, stety dla niego i teamu deweloperskiego, jesteśmy o tego tysiaka biedniejsi. Odważne prowokacje w całości poparte były wiarą we własny produkt - zróżnicowany od samego początku do końca, przemyślany i dający niezliczone pokłady frajdy. Przemierzając kolejne poziomy nie da się nie odnieść wrażenia, jakby ich projektanci doskonale przeczuwali nasze nawyki i w momencie, kiedy dana formuła zaczyna powoli się wyczerpywać, przenoszą nas do zupełnie odmiennej lokacji z całkowicie innymi narzędziami umożliwiającymi jej ukończenie. Przykład: w jednym z rozdziałów lądujemy na ogrodowym drzewie, gdzie toczy się zażarty spór pomiędzy tajnym oddziałem wiewiórek a armią os z ula powyżej. Gracz wcielający się w Cody'ego dostaje do rąk wyrzutnię żywicy, May zaś karabin z zapałkami, co w połączeniu daje iście wybuchowe rezultaty. I tak przez godzinę z hakiem torują sobie wspólnie drogę siłą ognia, skaczą, walczą, po czym lądują w kosmosie z nowymi umiejętnościami i zagadkami do rozwiązania. Tak jest przez całą grę. Kolejne etapy w niczym nie przypominają poprzednich, ćwicząc nasze zwoje mózgowe na przeróżne sposoby. Droga bez przejścia? Prawdopodobnie kiedyś w tym miejscu była, w związku z czym Cody będzie zmuszony cofnąć czas i stworzyć ścieżkę dla małżonki. Zabawkowy nakręcany byk sprawia problemy? Dlaczego nie zwabić go w pułapkę doppelgangerem May? Nuda? To może partyjka w hack n' slasha? Naprawdę ciężko się rozliczyć w tych wszystkich przykładach, zwłaszcza iż nie są one pozbawione dodatkowo oskryptowanych sekwencji pokroju przekradania się przez zaludnione kretowisko albo ucieczki samolotem zrobionym z... majtów głównego bohatera. A jakby jeszcze jakimś cudem komuś było mało, twórcy dosypali masę pomniejszych aktywności. Lwia ich część odwraca formułę kooperacji w rywalizację (vide przeciąganie liny, wyścig na ślimakach), ale są też typowe odskocznie, jak choćby cykanie fotek polaroidem. Nie wszystkie również są dostępne na pierwszy rzut oka, w tym świecie akurat znajdziek jako takich nie zamieszczono celem ujednolicenia tempa zabawy, jednakże pokitrane tu i tam mini-gry w zupełności zapełniają ich lukę. Najciężej chyba było nam znaleźć te w kilku większych, bardziej otwartych lokacjach, które swoją drogą pozwalają wziąć swoisty oddech od korytarzowych przepraw i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Takie tango

A jest to przyznać muszę tango piękne i rytmiczne. Warstwa wizualna przerasta oczekiwania jak na, bądź co bądź, wciąż oddział indie. Szeroka paleta barw, światło i cienie to jedna z wyższych półek, a widoki takie jak rozpościerające się przez niebo meble kuchenne z poziomu kuli śnieżnej albo psychodeliczny kalejdoskop pozostaną (dosłownie) na długo w pamięci. Gdybym chciał się czepiać, to poruszyłbym kwestię modeli Rose i ludzkich wersji jej rodziców. Niby z nimi i wokół nich wszystko dobrze i ładnie, ale jednak coś zgrzyta w animacji i mimice. Ale nie chcę, bo szybko się o tym zapomina po powrocie do baśniowego świata, który nie tylko pięknie wygląda, ale i dobrze brzmi. To znów zasługa obsady aktorskiej - która w dogryzaniu sobie brzmi zadziwiająco naturalnie - oraz samych dźwiękowców. Ci ostatni nadają odpowiedni ton wydarzeniom na ekranie, przeźroczyście przechodząc pomiędzy szybkimi rytmami oraz wolnymi kołysankami, mimo iż tak naprawdę żaden motyw główny nie istnieje, ani nie ma pojedynczej nuty zapadającej w pamięć (no, może poza genialnym etapem „muzycznym"). W tym przypadku dźwięk się po prostu spina z wizją i tyle.

It Takes Two

Warto również zaznaczyć, iż najnowsze dziecko Hazelight Studios to gra niespodziewanie i imponująco długa, jak na swoją kategorię. Wiele razy przekonani byliśmy o nadciągającym finale, ostatecznie docierając do niego gdzieś w okolicach 10-12 godzin, nie odkrywając przy tym wszystkich pobocznych aktywności. Nie jest ona też specjalnie trudna. Co prawda brak tutaj wyboru trudności po wciśnięciu startu, aczkolwiek same łamigłówki zbalansowano do takiego stopnia, że nie zablokujecie się w nich na długo, a po odkryciu rozwiązania przejdziecie do kolejnej z poczuciem satysfakcji i tej wewnętrznej mądrości. Więcej problemów mogą natomiast sprawić elementy platformowe, w ilości nie ustępujące tym umysłowym. Jeżeli trafi wam się taki partner, jak Dominikowi, który często czekał już bardziej na rozwód niż dotrzymanie mu towarzystwa po drugiej stronie „skakanki", to całość może się „nieznacznie" wydłużyć. Dlatego tak ważna jest w tym wszystkim komunikacja, o której wspomniałem wcześniej. Nierzadko pokonanie napotkanych trudności będzie wymagać idealnej synchronizacji i zdziwicie się, jak często z opresji wyciągnie was banalne „raz, dwa, trzy".

Me, and you...

It Takes Two to bezapelacyjnie najlepsza kooperacyjna pozycja od lat. To gra stworzona na konkretny rynek odbiorców, świadoma ich oczekiwań, a z końcem nawet je przewyższająca ilością tak zróżnicowanej zawartości. To również gra dopieszczona audiowizualnie i doszlifowana technicznie. Tu żaden Day 1 Patch nie jest potrzebny - tu absolutnie wszystko działa płynnie, nie glitchuje się, nie crashuje. To przyjemność w najczystszej postaci i absolutny debeściak swojego gatunku. Całość wszystkiego dopełnia również premierowa cena oraz „Dostęp dla znajomych", za pośrednictwem którego wystarczy tylko jedna kopia gry* do wspólnej zabawy z funflem/funfelą/drugą połówką zza drugiej strony słuchawki. Można by się czepiać drobiazgów, wspomnianych w tekście, ale ich się tak na dobrą sprawę nie zauważa, stąd też nie zamierzam ich uwzględniać, kończąc z oceną taką, a nie inną.

*Gra nie obsługuje rozgrywki międzyplatformowej, lecz jedynie międzygeneracyjną, czyli najprościej rzecz ujmując - zagrają ze sobą wyłącznie posiadacze systemów Sony (PS4 z PS5), Microsoftu (rodzina XO z rodziną XS) oraz PC.

10 Gamereactor Polska
10 / 10
+
Pionier swojego gatunku; absolutnie zwariowana i wciągająca przygoda, pozbawiona nawet milisekundy nudy; ślicznie oprawiona i dobrze udźwiękowiona; idealnie wyważona pod względem wyzwań; mini-gry.
-
Wad nie stwierdzono, a jeśli są, to nie mają znaczenia dla ogółu.
overall score
to ocena naszych redaktorów. Jaka jest Twoja? Wynik ogólny jest średnią wyników redakcji każdego kraju

Powiązane teksty



Wczytywanie następnej zawartości


Cookie

Gamereactor korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość przeglądania naszej strony internetowej. Jeśli kontynuujesz, założymy, że jesteś zadowolony z naszych zasad dotyczących plików cookie.